wtorek, 19 lutego 2013

Gotowane krewetki z Lidla

Nie miałam zamiaru robić o nich wpisu na bloga, więc zdjęcia są tylko już gotowych :( Notka trochę ku przestrodze ;)

Wychodzę z założenia, że wszystkiego z życiu trzeba spróbować, więc jak widzę coś ciekawego w sklepie to zwykle wpada to do koszyka. Owoce morza, ślimaki, bardzo egzotyczne owoce, czy dziwne połączenia smaków. Nie, nie mam wymagań ala Magda Gessler, ja jestem proste dziewczę ze wsi ;) Krewetki uwielbiam i jadłam pod wieloma postaciami. Już od dawna z lodówki w Lidlu uśmiechały się do mnie takie wąsate, w skorupkach i z dużymi oczyskami. Postanowiłam spróbować.

Opakowanie 200g zawierało kilkanaście takich około 8 cm obgotowanych żyjątek. W internecie znalazłam sposób na obranie i przygotowanie, wszystko ładnie i prosto. Taa... obieranie zajęło mi dłuuuugą chwilę, potem jeszcze doczytałam, że trzeba usunąć jelita. Kolejna chwila na babraniu się. Dodam, że moje koty zwariowały od krewetkowego zapachu i kręciły  się nieznośnie pod nogami. Ok, obrane, wypatroszone i umyte. I aż wzięłam wagę - z 200g zostało 94!

Wniosek: mnóstwo roboty, a efekty mizerne. Oto co mi wyszło:

Dodam tylko, że to jest miseczka na dip. A krewetki podsmażone na maśle z czosnkiem.

Zabawa kosztowała mnie koło 7 zł, dołożyłabym trzy i miałabym porządną porcję mrożonych, bez babrania się ;)


4 komentarze:

  1. ten etap z jelitem w moim przypadku przesądził o wiecznym kupnie tych już obrobionych :) ale motywację miałaś ! to się chwali :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeden eksperyment nauczką na resztę życia;)

      Usuń
  2. krewetek nie jadłam nigdy w życiu, nie... sorry kiedys K w ikei mial w salatce i próbowałam ;) ale nie mam zdania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to jestem krewetkożerca - jak coś jest krewetkowe, to znaczy, że to uwielbiam:D

      Usuń